Sobota czternastego.

Wczorajsza data wzbudza całe spektrum emocji. Od niepokojącego dreszczyku, przez dojmujący lęk, do pogardy i obrzydzenia. Jesteśmy pewni, że to jedynie data, ale skąd tyle emocji?

Internet zaroił się wczoraj od różnorodnych doniesień i deklaracji, dotyczących tego dnia.

Opinie były, jak to zwykle bywa w sieci, spolaryzowane ostro. Chociaż poglądy pozostawały antagonistyczne to łączyła je wspólna cecha – obawa.

Z jednej strony pojawiały się afirmatywne spekulacje, utrzymane w luźnej i dowcipnej formie. Z drugiej żarliwe deklaracje potępienia zabobonu – w różnych wariacjach tonalnych. Od wysublimowanej krytyki do trzasku młota na czarownice.

Nie sądzę, aby ogólne zaaferowanie w około daty, było czymś szczególnie niebezpiecznym. Jednak interesujący jest mechanizm, który został przeniesiony na niwę komunikacji masowej.

Jak zauważa Leszek Kołakowski w Obecności Mitu, obecność ingrediencji mitologizującej jest niezbywalna w epistemologicznych heurystykach. Mówiąc prościej, człowiek uwielbia myślenie o świecie ubierać w szaty mitu. Czy dziwi zatem, że w skrajnie zracjonalizowanym świecie nie lada gratką staje się możliwość przymknięcia oka na zdrowy rozsądek? Wszak nic złego się nie dzieje. Wszyscy wiemy, że tak naprawdę zamykając codzienność w napięciu pomiędzy pechem i fartem, robimy to wyłącznie dla żartu i z potrzeby wzięcia metafizycznego wdechu.

Kwestie magii sympatycznej w przestrzeni kultury masowej, nieźle opisał Karol Capek w Marsjaszu czyli na marginesie literatury. Wykazał, że elementy żywe, a nazywane zabobonem, przewędrowały poza granice kultury ludowej, do kultury masowej, zachowując jednak komponent ludyczny. I tak ich zadaniem jest dostarczenie rozrywki. Czy w takim układzie, można mówić o rozsądku w przypadku ostrej krytyki?

Antropologia wykazuje, że aby zaszło działanie magiczne, należy uruchomić kilka czynników. Komplementarnie rozprawia się z problematyką C. Levi-Strauss (por. Antropologia Strukturalna). Zgodnie z jego obserwacjami szaman musi wierzyć w sens praktyki, osoba poddawana działaniu musi wierzyć w działanie działania szamana oraz społecznie musi być to usankcjonowane i mieszące się w ramach racjonalności danej przestrzeni kulturowej. Wtedy dzieje się magia.

I tutaj dochodzimy do miejsca, gdzie mogę wyrazić pewne obawy. Z uwagi na to, że szaman jest profesją deficytową, a my wciąż łakniemy jego obecności, musimy wytworzyć tzw. „ersatz”. Uosobienie szamana odnajdujemy w symbolicznej ikonosferze, wszędobylskiej kultury masowej. Nie jest to miejsce na szczegółową dysertację roztrząsająca to zagadnienie, dlatego pozwolę sobie na tyle i tylko tyle. Taka bezosobowa personifikacja posiada niedialektyczną skłonność do wiary we własne możliwości.

Drugi element triady, czyli człowiek poddawany aktywności magicznej, pozostaje pod pręgierzem „szamana” i elementu trzeciego, jakim jest społeczne przyzwolenie na ten rodzaj otwartej naiwności na aktywność symboliczną. Tak więc obawy, które nasilają się w tym dniu, mogą potencjalnie stanowić punkt zapalny przestrojenia tkanki empirycznej. Upraszczając – „licho nie śpi”. Znamy to powiedzenie, aż za dobrze, bo podskórnie się z nim zgadzamy. Doświadczenie codzienności podpowiada nam, że „szkiełko i oko mędrca” aż tak szczelnie nie chronią przed wiatrem losu, który ślepo pcha naszą egzystencję. Takie podejście może faktycznie ubezwłasnowolnić. W skrajnych przypadkach, nasza decyzyjność zostanie uzależniona od czynników zewnętrznych, czyniąc nas niewolnikami ślepych „mitycznych sił”, z którymi trzeba jakoś paktować.

Jak się uchronić? Na to jest jedna rada – aktywność intelektualną, w takie dni, koncentrować na czymś pożytecznym. Bez pogardy, czy pychy, bez obawy i lęku przejdźmy do porządku dnia, cicho wewnętrznie oddając się kontemplacji tego, co nas istotnie przerasta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *