„Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie(…)”

Życie osoby, która deklaruje wierność Bożemu Słowu i pragnie przylgnąć do Boga całym sobą, bywa przeplatane okresami, gdzie intensywność wiary spada. Jest to mroczny czas, gdzie poza pustym echem naszego wołania, nie powraca żaden ciepły ton. Ta cisza, nie ma w sobie nic z mistycznego doznania, o których wspominał św. Jan od Krzyża, czy św. Dionizy Areopagita. Jest to doświadczenie pustki, ale chłodnej i przenikającej na wskroś. Doświadczenie wiekuistej ciszy, której tak bardzo obawiał się Pascal. Z całym okrucieństwem człowiek odczuwa wtedy, bezsens swojego istnienia. Pustkę samego siebie, która wciąga w paroksyzmy braku nadziei.

Bywa tak, że zwątpienie jest samorzutne. Bywa i tak, że rodzi się, bo oto stajemy przed prawdami alternatywnymi i wsłuchujemy się w relatywizujący szum świata.

Miałem ostatnio przyjemność zetknąć się z zapisem rozmowy pomiędzy habilitowanym księdzem, a profesorem neurobiologii. Twierdzenia profesora ukazują nasze religijne zachowania, jako determinowane hormonalnie i wynikające z właściwości neurologicznych. Co więcej, są to zachowania powtarzalne i charakterystyczne dla istoty ludzkiej – w ujęciu globalnym.
Dysponując pewną wiedzą antropologiczną, zdaje sobie sprawę z tego, że istnieją pewne stałe charakterystyczne dla naszego gatunku, a jedną z nich jest relacja ze światem nadprzyrodzonym(wyrażona m. in. grzebaniem zmarłych por. M.Eliade Historia wierzeń i idei religijnych, t. 1 ) Jednocześnie rytuał, jest punktem centralnym każdego wierzenia na świecie (por. Arnold van Gennep, Obrzędy przejścia; Carl Gustav Jung, Ofiara Mszalna.) Ponadto fundamentem etyki jest niezbywalna, atawistyczna, samoświadomość gatunkowa, która tak jak u innych drapieżnych gatunków, blokuje instynkt, które zostały ubrane metaforycznie w szaty Tanatosa(por. Charles Taylor, Źródła podmiotowości. Narodziny tożsamości nowoczesnej). Mówiąc prościej nie zabijamy(bądź zabijamy z premedytacją) innych członków gatunku, co nie jest niczym specjalnym w konstrukcjach Natury.

Jest to wizja człowieka, która wynika z pewnego modelu intelektualnego – budowanego zespołem teorii, które można i powinno się zestawiać z innymi. Z opisanego przez profesora modelu wynikało, że istnienie posiada jedynie wymiar i sens biologiczny. Ta perspektywa jest silnie niepojąca.
Jeśli bowiem moralność i etyka są wytworami ograniczonego prawami ewolucji, ludzkiego umysłu, to zasady te są zmienne i można do nich podchodzić z pewną rezerwą.
Oczywiście pojawia się kontra ze strony duchownego i to kontra inteligentna – jak na filozofa i teologa przystało. Dla pewnej oszczędności Waszego czasu przejdę do pointy. Argumenty, które wywracają sens ciągu logiczny profesora stanowić będą odrębny wpis.

Jednak poglądy profesora spowodowały, że moja wiara osłabła, bo pojawiała się wątpliwość. Dlaczego?

Można wyciągnąć wniosek, że problem jest z nauką, która założyła brak istnienia Boga. Jedynie subtelne dystynkcje kulturowe powodują, że mówimy o różnorodności, której nie wolno wartościować. Dyferencjacja jest pozytywna, ale jedynie dzięki tolerancji. Dzięki temu wszyscy jesteśmy równi.
W tym punkcie można również odnieść wrażenie, że autor dowartościowuje poglądy antymetafizyczne. Faktycznie wyakcentowałem to, co stanowić może doskonale podglebie dla rozwinięcia w sobie ufność wobec doktryn ateistycznych, dodatkowo podlane „naukowymi” faktami.

Problem jednak, jak zauważyłem z czasem, nie leży w wiedzy. Problem był natury kardiologicznej.
Chodziło o postawę serca – miotany drobnymi namiętnościami, w styku z przerastającą mnie inteligencją, wsłuchałem się w relatywizujący szum świata, który okazał się bezkresną głuszą. Wątpliwość jest nieodzowna, a podsycona została chęć podważenia pewnego istotnego wskazania. Jest to jednak ryzyko każdego chrześcijanina – przecież żyjemy w sensualnym świecie, który zwodzi nas swoimi mirażami. Każdego dnia błagamy Boga o to, aby obdarował nas Prawdą.
Tutaj jest miejsce na moje świadectwo.
Wydobyłem się z pustki w rozmowie o wartościach chrześcijańskich, która odbywała się w grupie… ateistycznej.
W pierwszej chwili nie umiałem udzielić odpowiedzi. Jednak potem, słuchając serca, zrozumiałem, że zasadniczo Bóg daje nam swoją miłość, a to m. in, poprzez wolność. Tylko w miłosnej relacji z Nim, nasze życie posiada jakikolwiek sens, bo to on jest Prawdą, Dobrem i Pięknem.
Nasza wiara to przede wszystkim stała relacja z Tajemnicą, która daje nam możliwość spojrzenia na bliźniego w taki sposób, który wydobywa blask z drugiego człowieka. Ta relacja to koncepcja człowieka, którego Stworzyciel tak ukochał, że oddał za niego to co najcenniejsze. Jakże zatem cenne musi być nasze istnienie?
By istnieć w tej relacji muszę z szacunkiem odwzajemnić Jego miłość, ale w sposób pozbawiony przymusu i tą miłość stosować względem innych podmiotów, czyli uszanować ich podmiotowość, wyrażoną poprzez wolność, a to da się zrobić jedynie poprzez ukochanie tego podmiotu. Jednak pierwszorzędnie należy kochać Boga i dobrowolnie poddać się tym zasadom, które są dla nas najlepsze, bo pochodzą od Niego, a które podtrzymywane są poprzez wielką Tradycję Kościoła Apostolskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *