Polak, katolik, feminista cz. II

Życie ma to do siebie, że kiedy mamy przed sobą doskonale rozpisany scenariusz wdrażania planów w jego nurt, to bez zapowiedzi wykonuje fikoła.

Miałem zwięzłe dopracować ciąg dalszy, a pozostałem w rozkroku. Cyrkumstancje wymusiły na mnie odłożenie dociągnięcia szkicu na tzw. lepszy czas. Pozostawienia tezy zawieszonej w czasie, ma to do siebie, że każdorazowo, kiedy wraca się do problemu, na wierzchu pojawia się jakiś inny akcent, który odmienia model, który ma się nadzieję zaprezentować w zapisanych przemyśleniach.

W trakcie ostatniego miesiąca zbierałem i przeglądałem materiały, które stanowią odczarowaną kanwę dla merytorycznego podparcia twierdzenia, że feminizm wynika z wartości chrześcijańskich. Mam kilka uwag, które są dalekie od tego co nazywałbym rzetelnym opracowaniem, ale niech to będzie forma konspektu, który, być może, zostanie rzetelnie przepracowany.

Niech pozostanie zapisanych kilka wątpliwości, które będą próbą budowania porozumienia.

Chciałbym się zmierzyć od tyłu z mitami, które trawią i trwają w przestrzeni komunikacyjnej, uniemożliwiając wzajemne zrozumienie.

Kościelny feminizm – czyli kobieta koroną stworzenia.

W ostatniej notatce napisałem, że opinią większości to Kościół wtłacza kobietę w rolę służki mężczyzny, gdyż ta jest z żebra męskiego i ma być jego pomocą.

Jest to czysty przypadek sofizmatu, najpewniej niezamierzonego.

Jest faktem, że zgodnie z przekazem, kobieta została powołana do istnienia poprzez mężczyznę i w literalnym sensie, by nie odczuwał samotności. Subtelniejsze ujęcie mówi o darze dla mężczyzny. Kobieta zostaje ofiarowana mężczyźnie.

Takie ramowanie wciąż jest argumentem za wtórnością kobiety. Ta wykładnia nie jest obca wiernym Kościoła Katolickiego i ona właśnie gotuje krew emancypantką, które słysząc, że są w najlepszym wypadku darem, a ich powołaniem jest siebie ofiarować, zrobią wszystko, by przekornie podziękować tej przedłożonej propozycji.

Jednak jeśli co do takiej wykładni jest zgoda, to w czym problem? W szczegółach.

Teologia jest racjonalną, w sensie platońskim, przekładnią pojęć Pisma Świętego na pojęcia ogólne, które odnajdujemy w świecie „pogańskim”. Jej zadaniem jest, używając mechanizmów filozoficznych, sprawdzanie i docinanie przekształceń świata do koncepcji etycznej, która zawarta jest w Piśmie Świętym. W danej przemianie poszukujemy elementów Objawienia, bądź ich absolutnie nie potrafimy odnaleźć. Mamy dzięki temu pewność, że coś etycznie interesujące i godne zaangażowania, bądź nie.

Namysł filozoficzny rozważa i abstrahuje przedmiot dociekania. Namysł teologiczny abstrahuje kobiecość i sprowadza ją do wąskiego pojęcia. Do znaku który, w klasycznym rachunku zdań – zgodnie z racjonalistyczną wykładnią, a prawomocnie logiką – waloryzuje wtórnie kobiecość. Tutaj jednak mam kilka wątpliwości.

Po pierwsze – Bóg rozwija stworzenie i dnia szóstego tworzy człowieka. Jest korona stworzenia. Dobrze zadać jedno pytanie – dlaczego Bóg miałby się cofać i upośledzać ewolucyjne prawo aktu kreacji? Czy rozwojowy charakter tworzenia nie uzmysławia nam, że pełnie Bóg nadaje poprzez kobietę? To jednak niuans, który łatwo obedrzeć z mocy.

Druga sprawa to kwestia daru i ujęcia kobiety jako daru. Jak wspomniałem teologia ma jedną wadę – wyodrębnia i rozpatruje, bez ujęcia w szerszym kontekście kulturowym, swoje twierdzenia.

Jeśli założymy, że kobieta jest darem Boga dla mężczyzny, to warto przypomnieć sobie co o darze mówi Marcel Mauss w Szkicu o Darze. Ujmując najkrócej, obdarowywanie jest podstawową formą relacji międzyludzkiej. Obdarowanie kogoś jest zawsze pociągnięciem do odpowiedzialności. To nałożenie pewnego wymagania, które jest docenieniem, ale ustanawia konieczność odwdzięczenia się, gdyż w innym wypadku może doprowadzić do naruszenia tabu i zerwania doczesnych wzorów kulturowych, a tym samym do egzulancji. Obdarowanie kogoś nie jest aktem nadania władzy, a aktem ubezwłasnowolnienia odpowiedzialnością względem darczyńcy.

Zwróćmy uwagę na to, że biblijny męski antenat wpada w niekłamany zachwyt nad perłą stworzenia jaką jest kobieta.

Władza mężczyzny nad kobietą jest bardzo pozorna, a gdyby odczytać śmielej przedstawione twierdzenie to można powiedzieć, że zasadniczo władza jest w rękach kobiety, bo to ona ma bezwarunkową relację z Bogiem i stanowi jądro relacji, a nie jej stronę. Jednak twierdzenia takie jest już mocno niestabilne na tym poziomie dowodzenia, dlatego niech zostanie to bez rozwinięcia.

Chciałbym zwrócić również uwagę na to, że kłopotliwość płciowa, a więc świadomość prymarnego zróżnicowania, pojawia się w momencie odrzucenia norm i etyki proponowanej przez Stwórcę. Kulturowy fundament, jakim jest wstyd, a o którym pisał Jurij Łotman (por. O Semiotyce pojęć<wstyd> i <strach> w mechanizmach kultury), pojawia się zatem po zerwaniu więzi z Bogiem. Zatem kulturowa wykładnia, która formułuje i utrzymuje role płciowe, nie jest z nadania boskiego, a jest wynikiem przepracowania ścisłe ludzkiego. Bóg odnosi się do tego, co biologiczne, do siły fizycznej mężczyzny i do płodności kobiety. Człowiek po puszczeniu raju musiał utworzyć najpewniej jakiś bufor, który pozwalał mierzyć mu się z kresem, który wyznaczony był przez jego upadek. W raju, najprawdopodobniej, nie było kultury i nierówności, które znosi Ewangelia.

Moim zdaniem jest to interpretacja obyczajowa, która nie stanowi nierozstrzygalnej podstawy wywodu, prowadzącego do swierdzenia, że kobieta jest niższa. Nie jest to zatem dowód na to, że Kościół jest matecznikiem nierówności i ucisku. Nie jest jednak tak, że Kościół nie stoi na straży etyki i obyczajowości, która ogranicza człowieka na planie seksualnym.

Pisałem wcześniej, że nie miałem możliwości dogłębnego rozpisania argumentacji w oparciu o fragmenty Pisma Świętego, bo naprawdę rzetelne i teologiczne opracowanie musi być tak zakorzenione. Bardzo tego żałuje, gdyż Stary Testament podważa jednoznaczną role kobiety, i to w samym centrum ładu patriarchalnego. Musze jednak ograniczyć się do kilku spostrzeżeń.

Po pierwsze Stary Testament obfituje w postaci kobiet, które wyłamują się prostolinijnej narracji. Debora, Estera, Judyta, czy Rut to kobiety, które są tego najlepszym egzemplum postaci pierwszoplanowych, bez których historia wyglądałaby inaczej.

Ponad to, znajdujemy w Księdze Przysłów (31; 10-31) Poemat o dzielnej niewieście.

Jest to oddzielny utwór, któremu należałby się oddzielny tekst. Z uwagi na to co napisałem poświecę mu kilka linijek – powracając w przyszłości.

Utwór składa się z trzech części. Pytającej inwokacji, gdzie określa się przedmiot opisu i wyraża pewną wątpliwość. Dwie następne części to zalecane cechy osobowościowo intelektualne. Mamy więc dwie grupy, które są z jednej strony uwarunkowane kulturą, a z drugiej zawierają pewną pretensję do ekstensji metafizycznej.

Kulturowo odnosi się do aktywności społecznej, wyrażonej poprzez docenienie kobiecej zaradności. To oczywiście wynika z płci i jest rolą, której tak obawiają się feministki. Jest to jednak zespół cech, które nazwalibyśmy dzisiaj rozwiniętymi umiejętnościami interpersonalnymi oraz dobrym zarządzaniem czasem i zasobami. 31, 25-26, który brzmi :

Strojem jej siła i godność,

do dnia przyszłego się śmieje,

Otwiera usta z mądrością,

na języku jej miłe nauki.

Jest to zatem kobieta rozgarnięta, inteligentna, wykształcona i silna. Świadoma samej siebie, wyemancypowana. Nie słaba, skryta w cieniu męża. Kontradykcją jest przedstawienie kobiety godnej a zarazem podbitej, przydeptanej. .

Dzisiaj tyle, niebawem argumentacja godnościowa, za pozytywnym wymiarem kobiecości w Piśmie Świętym i o błędach feminizmu.

Miałem zwięzłe dopracować ciąg dalszy, a pozostałem w rozkroku. Cyrkumstancje wymusiły na mnie odłożenie dociągnięcia szkicu na tzw. lepszy czas. Pozostawienia tezy zawieszonej w czasie, ma to do siebie, że każdorazowo, kiedy wraca się do problemu, na wierzchu pojawia się jakiś inny akcent, który odmienia model, który ma się nadzieję zaprezentować w zapisanych przemyśleniach.

W trakcie ostatniego miesiąca zbierałem i przeglądałem materiały, które stanowią odczarowaną kanwę dla merytorycznego podparcia twierdzenia, że feminizm wynika z wartości chrześcijańskich. Mam kilka uwag, które są dalekie od tego co nazywałbym rzetelnym opracowaniem, ale niech to będzie forma konspektu, który, być może, zostanie rzetelnie przepracowany.

Niech pozostanie zapisanych kilka wątpliwości, które będą próbą budowania porozumienia.

Chciałbym się zmierzyć od tyłu z mitami, które trawią i trwają w przestrzeni komunikacyjnej, uniemożliwiając wzajemne zrozumienie.

Kościelny feminizm – czyli kobieta koroną stworzenia.

W ostatniej notatce napisałem, że opinią większości to Kościół wtłacza kobietę w rolę służki mężczyzny, gdyż ta jest z żebra męskiego i ma być jego pomocą.

Jest to czysty przypadek sofizmatu, najpewniej niezamierzonego.

Jest faktem, że zgodnie z przekazem, kobieta została powołana do istnienia poprzez mężczyznę i w literalnym sensie, by nie odczuwał samotności. Subtelniejsze ujęcie mówi o darze dla mężczyzny. Kobieta zostaje ofiarowana mężczyźnie.

Takie ramowanie wciąż jest argumentem za wtórnością kobiety. Ta wykładnia nie jest obca wiernym Kościoła Katolickiego i ona właśnie gotuje krew emancypantką, które słysząc, że są w najlepszym wypadku darem, a ich powołaniem jest siebie ofiarować, zrobią wszystko, by przekornie podziękować tej przedłożonej propozycji.

Jednak jeśli co do takiej wykładni jest zgoda, to w czym problem? W szczegółach.

Teologia jest racjonalną, w sensie platońskim, przekładnią pojęć Pisma Świętego na pojęcia ogólne, które odnajdujemy w świecie „pogańskim”. Jej zadaniem jest, używając mechanizmów filozoficznych, sprawdzanie i docinanie przekształceń świata do koncepcji etycznej, która zawarta jest w Piśmie Świętym. W danej przemianie poszukujemy elementów Objawienia, bądź ich absolutnie nie potrafimy odnaleźć. Mamy dzięki temu pewność, że coś etycznie interesujące i godne zaangażowania, bądź nie.

Namysł filozoficzny rozważa i abstrahuje przedmiot dociekania. Namysł teologiczny abstrahuje kobiecość i sprowadza ją do wąskiego pojęcia. Do znaku który, w klasycznym rachunku zdań – zgodnie z racjonalistyczną wykładnią, a prawomocnie logiką – waloryzuje wtórnie kobiecość. Tutaj jednak mam kilka wątpliwości.

Po pierwsze – Bóg rozwija stworzenie i dnia szóstego tworzy człowieka. Jest korona stworzenia. Dobrze zadać jedno pytanie – dlaczego Bóg miałby się cofać i upośledzać ewolucyjne prawo aktu kreacji? Czy rozwojowy charakter tworzenia nie uzmysławia nam, że pełnie Bóg nadaje poprzez kobietę? To jednak niuans, który łatwo obedrzeć z mocy.

Druga sprawa to kwestia daru i ujęcia kobiety jako daru. Jak wspomniałem teologia ma jedną wadę – wyodrębnia i rozpatruje, bez ujęcia w szerszym kontekście kulturowym, swoje twierdzenia.

Jeśli założymy, że kobieta jest darem Boga dla mężczyzny, to warto przypomnieć sobie co o darze mówi Marcel Mauss w Szkicu o Darze. Ujmując najkrócej, obdarowywanie jest podstawową formą relacji międzyludzkiej. Obdarowanie kogoś jest zawsze pociągnięciem do odpowiedzialności. To nałożenie pewnego wymagania, które jest docenieniem, ale ustanawia konieczność odwdzięczenia się, gdyż w innym wypadku może doprowadzić do naruszenia tabu i zerwania doczesnych wzorów kulturowych, a tym samym do egzulancji. Obdarowanie kogoś nie jest aktem nadania władzy, a aktem ubezwłasnowolnienia odpowiedzialnością względem darczyńcy.

Zwróćmy uwagę na to, że biblijny męski antenat wpada w niekłamany zachwyt nad perłą stworzenia jaką jest kobieta.

Władza mężczyzny nad kobietą jest bardzo pozorna, a gdyby odczytać śmielej przedstawione twierdzenie to można powiedzieć, że zasadniczo władza jest w rękach kobiety, bo to ona ma bezwarunkową relację z Bogiem i stanowi jądro relacji, a nie jej stronę. Jednak twierdzenia takie jest już mocno niestabilne na tym poziomie dowodzenia, dlatego niech zostanie to bez rozwinięcia.

Chciałbym zwrócić również uwagę na to, że kłopotliwość płciowa, a więc świadomość prymarnego zróżnicowania, pojawia się w momencie odrzucenia norm i etyki proponowanej przez Stwórcę. Kulturowy fundament, jakim jest wstyd, a o którym pisał Jurij Łotman (por. O Semiotyce pojęć<wstyd> i <strach> w mechanizmach kultury), pojawia się zatem po zerwaniu więzi z Bogiem. Zatem kulturowa wykładnia, która formułuje i utrzymuje role płciowe, nie jest z nadania boskiego, a jest wynikiem przepracowania ścisłe ludzkiego. Bóg odnosi się do tego, co biologiczne, do siły fizycznej mężczyzny i do płodności kobiety. Człowiek po puszczeniu raju musiał utworzyć najpewniej jakiś bufor, który pozwalał mierzyć mu się z kresem, który wyznaczony był przez jego upadek. W raju, najprawdopodobniej, nie było kultury i nierówności, które znosi Ewangelia.

Moim zdaniem jest to interpretacja obyczajowa, która nie stanowi nierozstrzygalnej podstawy wywodu, prowadzącego do swierdzenia, że kobieta jest niższa. Nie jest to zatem dowód na to, że Kościół jest matecznikiem nierówności i ucisku. Nie jest jednak tak, że Kościół nie stoi na straży etyki i obyczajowości, która ogranicza człowieka na planie seksualnym.

Pisałem wcześniej, że nie miałem możliwości dogłębnego rozpisania argumentacji w oparciu o fragmenty Pisma Świętego, bo naprawdę rzetelne i teologiczne opracowanie musi być tak zakorzenione. Bardzo tego żałuje, gdyż Stary Testament podważa jednoznaczną role kobiety, i to w samym centrum ładu patriarchalnego. Musze jednak ograniczyć się do kilku spostrzeżeń.

Po pierwsze Stary Testament obfituje w postaci kobiet, które wyłamują się prostolinijnej narracji. Debora, Estera, Judyta, czy Rut to kobiety, które są tego najlepszym egzemplum postaci pierwszoplanowych, bez których historia wyglądałaby inaczej.

Ponad to, znajdujemy w Księdze Przysłów (31; 10-31) Poemat o dzielnej niewieście.

Jest to oddzielny utwór, któremu należałby się oddzielny tekst. Z uwagi na to co napisałem poświecę mu kilka linijek – powracając w przyszłości.

Utwór składa się z trzech części. Pytającej inwokacji, gdzie określa się przedmiot opisu i wyraża pewną wątpliwość. Dwie następne części to zalecane cechy osobowościowo intelektualne. Mamy więc dwie grupy, które są z jednej strony uwarunkowane kulturą, a z drugiej zawierają pewną pretensję do ekstensji metafizycznej.

Kulturowo odnosi się do aktywności społecznej, wyrażonej poprzez docenienie kobiecej zaradności. To oczywiście wynika z płci i jest rolą, której tak obawiają się feministki. Jest to jednak zespół cech, które nazwalibyśmy dzisiaj rozwiniętymi umiejętnościami interpersonalnymi oraz dobrym zarządzaniem czasem i zasobami. 31, 25-26, który brzmi :

Strojem jej siła i godność,

do dnia przyszłego się śmieje,

Otwiera usta z mądrością,

na języku jej miłe nauki.

Jest to zatem kobieta rozgarnięta, inteligentna, wykształcona i silna. Świadoma samej siebie, wyemancypowana. Nie słaba, skryta w cieniu męża. Kontradykcją jest przedstawienie kobiety godnej a zarazem podbitej, przydeptanej. .

Dzisiaj tyle, niebawem argumentacja godnościowa, za pozytywnym wymiarem kobiecości w Piśmie Świętym i o błędach feminizmu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *