Zobacz jak blogerka, rozprawiła się jednym tekstem z cywilizacją zachodnią! Kler nienawidzi jej!

Umberto Eco napisał, w Zapiskach na pudełku od zapałek, że nic tak nie krzepi człowieka i jego intelektu, jak zdumienie.

Mówiąc konkretnie, dobrze czasem się zdumieć, bo to odmładza wszelkie ludzkie władze.

 

 

Bywa czasem, że zdumienie potrafi przytłoczyć i to już jest zjawisko negatywne. Oczywiście wszystko jest kwestią selekcji materiałów, ale jjak to bywa w sieci, nie zawsze istnieje możliwość uniku i czasem dostajemy w emocjonalne „kichy”.

Poniżej podstawiam adres do artykułu, który wprawił mnie w ten rodzaj zdumienia, z którego ciężko się wydobyć bez uszczerbków…

https://beznozybezkarabinow.blogspot.com/2018/10/religia-powodem-do-grzechu.html

 

Zaznaczam, że moja polemika, chociaż pewnie niewyszukana miejscami, nie ma na celu zdyskredytowania autorki – jedynie wykazanie kilku błędów, które powodują, że całość poza miła dla oka szatą formalną, nie niesie wartości dodanej, ze względu na merytoryczne błędy i oparcie całości o swoje doświadczenia. Dowodzenie i podporządkowanie eksplanacji odczuwaniu nie wpływa dodatnio na całość.

Poniżej dosyć długi tekst polemiczny.


„Przy tym w każdym momencie jesteśmy zagrożeni atakami szatana, który tylko czyha na nasze potknięcie, żeby zawładnąć naszą duszą i wtrącić nas do piekła. Żyjemy więc w ciągłym strachu, poczuciu winy i skrajnie niskiej samoocenie – na które przecież zasługujemy, bo tak podpowiada nam nasze dzieciństwo. ”

Wszystkie akapity wstępu do momentu :

Gubimy się w izolacji stworzonej przez religię, w której doktryna jest ważniejsza od człowieka.

to suma spostrzeżeń autorki, która chociaż stara się bronić twierdzeniem o pewnym generalnym rysie swojego pomysłu, jednak odnosząc się tylko do Pisma Świętego traci się ta szerokość spostrzeżenia. Horyzont zostaje ograniczony do wąskiego wycinka doświadczeń autorki, bo ta jak sama zauważa w rozmowie miała do czynienia ze złymi księżmi.

Warto przy tym zwrócić uwagę, ze jako wpis na blogu możemy spokojnie przejść obok, nacechowanie subiektywistyczne, mieszanie wiedzy potocznej, z intuicjami oraz pewnym zasobem wiedzy, w takich marginalnych gatunkach nie są nowością.

To nic, bo dalej jest ciekawiej…

Religia jako grupa socjobiologiczna

by chronić tożsamość gromady i wzmacniać morale jej członków, wypracowywano złożony system wierzeń i zwyczajów, który odróżniał i oddzielał zbiorowość od zewnętrznego świata i innych grup.

Biorąc na warsztat najbardziej podstawowe dziełko dotyczące genezy religijności, jakim jest Historia wierzeń i idei religijnych, M. Eliadego, można dojść do dwóch wniosków,odmiennych od autorskich. Ze względu na bardzo skąpe pozostałości kultury niematerialnej oraz procesy ewolucji kulturowej, pierwotne formy religijności ograniczały się do grzebalnictwa i nie miały charakteru instytucjonalnego, czego wymaga funkcja integracyjna religii. Nie moa możliwości odniesienia się do jakiejkolwiek formy abstrakcyjnego symbolu, jeśli go nie ma,

To co się zachowało i na podstawie czego możemy wnosić to przedmioty w grobach oraz badania prowadzone przez antropologów na wciąż żyjących plemionach – polecam Złota gałąź. Studia z magii i religii G.Frazer – jednakże, nie można budować śmiałej tezy, że wierzenia były złożone i jedyną ich funkcją było tworzenie i integracja grup socjobiologicznych. Najprawdopodobniej, jak zauważa Claude Levi-Strauss w Antropologii Strukturalnej, kultura jest narzędziem oswajania śmierci. Religijność jest przestrzenią dywagacji natury eschatologicznej, ale ciężko wypowiedzieć się na temat złożoności systemowej wiereń sprzed rewolucji paleolitycznej…

Grupa walczy o przetrwanie niczym samodzielny nowonarodzony organizm i w tym celu musi uczynić swoich członków jak najbardziej podporządkowanymi i podatnymi na nakazy. Inaczej wspólnota szybko by się rozpadła z powodu różnicy zdań. W jednostkach pielęgnuje się więc tzw. „JA socjobiologiczne”.

I cytat z Grifitha, który nie wiem czego ma dowodzić??? Bo na pewno powyższych twierdzeń, które w ogóle nie mają zamocowania w faktach antropologicznych.

Tak więc częściowe, zdezintegrowane „ja” zaczyna funkcjonować jako pełne „ja”, zaczynamy się z nim identyfikować i konieczna staje się udawana akceptacja ról i relacji”

Można to także interpretować w kluczu Ralpha Lintona i psychokulturalizmu, który mówi, że ja staje się pełniejsze w obrębie internalizowanych wartości zewnętrznych – upraszczając, nasza osobowość rozwija się w kontakcie ze zbiorem możliwości zewnętrznych.

które głęboko w swojej duszy uważamy za zdradę samych siebie.

Nie rozumiem skąd takie przeświadczenie, ale to co przychodzi mi na myśl, to pierwsze akapity, które mogą stanowić credo wywodu, w którym autorka torpeduje swoje własne negatywne wspomnienia. Jednak to za mało, by budować pełne twierdzenie.

W cytacie jest mowa o koniecznym dla rozwoju duchowego wyabstrahowaniu i autonomizacji własnego poglądu. Nie ma ani jednego sformułowania dotyczącego konieczności kompromisowania, czy przedkładania jednego ja nad drugie. Tu autorka reinterpretuje, czy wręcz nadinterpretuje, w duchu tezy autorskiej i pod dyktando nieprzyjemnych doświadczeń.

Przy okazji cytatu warto wejść w literaturę, która została przywołania i rzucić okiem na spis treści pozycji Religia, która uzdrawia. Religia, która szkodzi, które pozwalają na znalezienie rozwiązania dla postulowanego problemu. Ot rozdział czwarty pt. Odnajdowanie indywidualnej duchowości przez dociekania egzystencjalne .

Pytałem o Heideggera, nie bez przyczyny, ostatnimi czasy,to on próbował ując przekształcenia kulturowe w trybie ontologicznym, dzięki niemu właśnie można rozważać pewne dylematy egzystencjalne dotyczące jestestwa i docierać do jakiegoś sedna, niestety sama autorka stwierdziła :”Czytałam fragment na zajęcia na studiach, ale nie przepadam za tego typu filozofią. “

Jak poranna mgła w słońcu …”
Ten fragment tekstu nie mówi o ascezie, a o zdegenerowanym działaniu jednostek, które nie mają przestrzeni na deliberację ontologiczne (może nie sympatyzują z ontologią?)

Nie sądzić nigdy nikogo. Dla innych mieć oko pobłażliwe, a dla siebie surowe. Do Boga odnosić wszystko. A w oczach własnych czuć się tym, czym jestem – to jest największą nędzą i nicością

Nie wiem co nie gra? Pierwsza część jest dosyć jasna – nie oceniać innych, a oceniać siebie. Koncentrować się na samym sobie, na własnych lukach, celem ich diagnozowania. Koncentracja na sobie pozwala łatwiej to uchwycić, ale naszą blogerkę pali drugi fragment! No i dwie sprawy – z Faustyną Kościół miał długo problem, bo ta mówiła o bożym miłosierdziu jak pod wpływem wizji, ale Kościół z pewnych względów tych wizji nie chciał ująć i wobec takich rewelacji musiał pozostać wstrzemięźliwy, potem je uznał. Pamiętajmy, że Faustyna była prostą zakonnicą, że jej sztych i paleta środków stylistycznych jest uboga, estetyka niech nie przysłania nam tego co cenne, czyli praktycznej pokory. Pokornie jet bowiem uznać, że wobec ogromu stworzenia, a więc Stworzyciela jesteśmy mali. Można to napisać rożnie, ale bazowo znowu autorka reinterpetuje, czy wręcz nadinterpretuje.

Nie dyskutuję z tym, że być może ostatecznym celem rozwoju duchowego jest wyswobodzenie się z okowów własnego „ja” i doświadczenie świata jako jednej wielkiej wspólnoty. Tylko czy to jest faktycznie dobry sposób na osiągnięcie takiego stanu? Czy nastoletnie dziewczęta są gotowe na taki krok? Czy poniżanie i nauka uległości mogą wywrzeć jakikolwiek dobry efekt? Św. Ignacy Loyola pisał w swoich zaleceniach dla jezuitów: 

Jest dokładne odwrotnie – blogerka dyskutuje, a nawet tego nie wie, chociaż usilnie próbuje w jednym akapicie zmieścić odniesienie do obiektywizmu, w sekundzie postponuje pytaniami pewien problem,z którym się nie zgadza. Miesza się w blogu, oj miesza, ale to blog.

Przytaczanie autorki wydawanej przez KP, mające stanowić obiektywny dowód psychoanalityczny jest niefortunne. Natomiast polecam w ramach walki z nudą Oślice Baalamę, w ramach walki z urojoną niewolą zakonnic.

A jednak jest pewna niespójność w nauczaniu Kościoła. Bóg tak nas kocha, że oddał za nas życie, co było doskonałą, niepowtarzalną ofiarą. Nie da się i nie można jej powtórzyć. Umartwienia to nieudolne próby dorównania Bogu, można to nazwać pychą i zuchwałością. Czy Bóg tego chce? Nie sądzę. Skoro Jego istotą jest miłość, to jak może oczekiwać upokorzeń, umartwień, cierpienia od człowieka, obiektu tej miłości? To zgrzyt, niezgodność, wynaturzenie… Jak Bóg może wymagać od jednego człowieka, żeby „cierpiał za miliony”? Co by to miało dać? Ludzie na różne sposoby próbują wytłumaczyć cierpienie własne i innych ludzi, więc nadają mu wartość zbawczą, jakby to cierpienie miało odkupić świat czy pojedynczych ludzi. Takie myślenie może przynieść ulgę. Może też wyrządzić wiele złego. Tym bardziej, jeśli jest głoszone przez osoby uważane w Kościele Katolickim za autorytety.

Niespójność jest po stronie blogerki, w interpretacji nauki Kościoła. Wystarczy rzucić okiem na przypowieści, trochę pogrzeszyć, pójść do spowiedzi i z otwartym sercem słuchać tego, co ma do powiedzenia kapłan.

Nie rozumiem tylko pytań o jednoczenie się z ofiara Jezusa? Czy ma sens? Tak, bo chodzi o to, by swoje cierpienie zjednoczyć z cierpieniem Syna Bożego, ale nie by je wywoływać, tylko dla zaspokojenia własnej pychy i tu w punkt. Jednak Kościół o to właśnie apeluje, to wynika wprost z Tradycji i Pisma Świętego – proszę przypomnieć sobie przypowieść o Synu Marnotrawnym!

Dalej kogo my mamy? Freudystę w sercu Kościoła, który zakochany po uszy w Kierkegaardzie reinterpretuje PŚ, oczywiście jego interpretacje nie są uznane przez Kościół i tu jest pies pogrzebany i jest to koronny dowód na zepsucie Kościoła i wynaturzenie jego struktur, opartych na żądzy władania maluczkimi! Niestety tak też nie jest, poniosło, tak jak i we wstępie tak i tutaj…

Niestety cały tekst, który zasadniczo oscyluje wokół niewypowiedzianej chęci odrzucenia zasad i religii, ale jednej, bo do niej odnosi się autorka, nie posiada żadnego alternatywnego programu Chodzi o odrzucenie pozornego jarzma, które zwykliśmy nazywać pokora, która jest dla zdrowego człowieka bardzo potrzebnym komponent autoanalizy i autorefleksji. Pokory uczą życiowe cyrkumstancje i konfesjonał.

Co do wstępu to powtórzę – looo matko!
Nie, to nie tak, absolutnie. Boruta nie czai się za rogiem, dziaboł nie chce porwać do piekła, a leszy nie ucapi – to jest myślenie zabobonne i nie ma absolutnie nic wspólnego z religią chrześcijańską, a także z bożym miłosierdziem. To jest autorska teza, bardzo fantastyczna, lekka i rodem z prozy Kinga, ale nie ma nic wspólnego z faktami.

Wiara opiera się na zaufaniu i zawsze jest poprzedzona aktem woli. Świadomej i nieprzymuszonej, cała reszta jest konsekwencją wyboru. W tym zakresie proszę uzupełnić literaturę o teksty Tischnera albo wywiad z JPII – „Przekroczyć próg nadziei”. Nie umiem zgodzić się z tezą, że życie zgodne z ewangelią jest procesem autodestrukcji, bo i owoce wielu pokoleń ludzi wykazują coś zupełnie odmiennego.Ludzie potrzebują miłości oraz nadziei i to właśnie daje im Jezus oraz Jego ofiara – przekracza ofiarą próg życia materialnego i roztacza pejzaż eschatologiczny, który jest nieodzownym pierwiastkiem każdej kultury.
Proszę przemyśleć raz jeszcze koncepcję wolności, bo wolność od, akurat w tym wyapdku pachnie nihilizmem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *